„Bioróżnorodność” w naturze czyli uwolnić piranię!
Od czasu do czasu w naszych śródlądowych wodach pojawia się jakiś rybny nieproszony gość. W większości przypadków oczywiście za sprawą ludzi – w sposób celowy (karp, amur, tołpygi, pstrąg tęczowy i inne, które trudno nazwać nieproszonymi) lub bardziej przypadkowy (czebaczek amurski, trawianka). Globalizacja, otwarcie granic i szeroka wymiana towarowa sprawiają, że i ryby stały się obieżyświatami i to niekoniecznie w wersji fileta czy konserwowego „pancernika”, jak to bywało dawniej, ale na żywo. Ta ostatnia forma to w głównej mierze działania giełd akwarystycznych pracujących na potrzeby środowiska hobbystów nie mniej licznych, jak wędkarze. Nierzadko oba te środowiska „rybolubów” przenikają się wzajemnie tzn. wędkarz bywa zapalonym akwarystą lub odwrotnie – akwarysta wędkarzem. I dobrze by było, żeby tak jedni, jak i drudzy znali nieco konsekwencje pewnych nieprzemyślanych działań hodowlano- zarybieniowych.
Każdy doświadczony akwarysta wie (a przynajmniej wiedzieć powinien), że kontakt przedmiotu jego hodowli (ryb tropikalnych) z naszą dziką, rodzimą ichtiofauną może zaowocować kłopotami w hodowli w postaci zakażenia niebezpiecznymi dla tropikalnych rybek pasożytami (pierwotniaki, przywry skrzelowe i inne), zarażenia chorobami wirusowymi, bakteryjnymi, grzybicami, z którymi nasze ryby jakoś sobie radzą. W analogiczny sposób do środowiska naszych rzek i innych zbiorników można nieopatrznie wprowadzić patogen (wirusy, bakterie, grzyby, pasożyty), które wprost lub mutując mogą wywołać nie dające się przewidzieć skutki. Takim tragicznym dla hodowli i rodzimych populacji karpia okazał się wirus KHV (Koi Hermes Virus) rozprzestrzeniany po świecie wraz z barwnym karpiem koi - mieszkańcem sadzawek przydomowych. Istnieje też czasem ryzyko, że takie „uwolnione” do naszych wód obiekty hodowli akwarystycznej znajdą odpowiednią niszę (np. wody pochłodnicze) i zadomowią się w naszych akwenach burząc ustalony porządek rzeczy tzn. piramidę troficzną (przykładem azjatycki wężogłów Channa argus w wodach Ameryki Północnej). Szczęśliwie dla naszych wód – ostre zimy i spadek temperatury co najmniej 4oC dokonują korekty takich zwariowanych zarybień wód powierzchniowych. Jednakże nie zawsze, czego przykładem jest zajmująca coraz to dalsze terytoria trawianka – wypuszczona kiedyś przez akwarystów w rejonie moskiewskim, a dzisiaj już w dopływach Widawki i Drzewiczki (a być może i dalej na zachód … ).
Przyczynkiem to powyższej części tegoż artykułu jest przesyłka, jaką do biura naszego Okręgu, prosto z brzegów pobliskiego, znajdującego się w granicach miasta Piotrkowa Trybunalskiego Zb. Bugaj dostarczył kolega Jurek (służbowo zresztą Skarbnik Okręgu). Zebrane z brzegów zbiornika dwie śnięte i już nieco „naruszone przez rodzimą florę bakteryjną” ryby ewidentnie nie przypominały niczego ze składu rodzimej ichtiofauny. I oczywiście nie były. Ponad półkilogramowy ciemno wybarwiony „zębacz” okazał się największą, a zarazem najmniej drapieżną piranią. Pacu czarnopłetwy (czarny) – Colossoma macropomum to często hodowana dla mięsa ryba z Amazonki i Orinoko. Znaleziony martwy osobnik to „narybek”, bo dorosłe dorastają do 40 kg i ponad metra długości. Drugą rybką (też oczywiście „mocno martwą”) była dość pospolita w hodowlach akwarystycznych – jedna z największych w swoim rodzaju – pielęgnica pawiooka – Astronotus ocellatus i to prawdopodobnie w klasycznej wersji hodowlanej Red Tiger Oscar (w ocenie z uwagi na różnorodność gatunków pielęgnic mogę się mylić, ale wielkość, resztki barw i kształtu wskazują na tę właśnie rybę). Pielęgnica, pochodząca z tego samego regionu, mierzyła około 20 cm, a zatem był to zupełnie spory osobnik (dorastają do 35 cm). Fakt, że znaleziono je razem, w podobnym stanie rozkładu, wyrzucone przez fale pozwalają mniemać, że żyły w naszym zbiorniku bardzo krótko. Ryby strefy tropikalnej enzymatycznie dostosowane są do innych temperatur otoczenia i … raczej nigdy nie pokonają tej bariery fizjologicznej. Wymagania termiczne obu gatunków (26-30oC) są raczej wyższe niż oferują aktualnie jesienią nasze wody więc ryby padły w kilka minut po wypuszczeniu (o ile nie natychmiast w wyniku szoku termicznego). Wolność była zatem dla nich nader krótka i bolesna. Dla naszych ryb to całe szczęście, bo przynajmniej ten pierwszy, pacu, słynie z wysokiej odporności na choroby, co nie znaczy, że nie może być ich przenośnikiem (tzw. wektorem).
Wartość giełdowa obu rybek przy wielkości kilku centymetrów jest niewielka, co zachęca do nabycia, ale po kilku miesiącach, latach nasze akwarium staje się dla nich za ciasne. Nie mając warunków do dalszej hodowli odnieśmy je do sklepu zoologicznego lub zawieźmy na giełdę – amatorzy dużych okazów chętnie za nie zapłacą, a przynajmniej przyjmą do dalszej hodowli. Wypuszczanie ich do naszych wód – to po społu sadyzm i … beztroska granicząca z głupotą. Myślę, że nie tylko w ocenie ichtiologa - nawet jeśli była to zemsta żony lub teściowej za pożarcie ukochanego welonka i zrujnowaniu przez „skazańców” całego akwarium.
Aleksander Góralczyk – ichtiolog
(fot. Mieczysław Centka)
