Młodzieżowa Szkółka Wędkarska przy Kole PZW Gdynia Port
Aktualności
Wakacyjne wspomnienie
Wydrukuj
Aktualności | 2009-09-08 | Publikujący: Młodzieżowa Szkółka Wędkarska
Te wakacje zacząłem ….w sierpniu zeszłego roku. To właśnie wtedy po raz pierwszy byłem na łowisku Pstrążnia pod Raciborzem i już wtedy wiedziałem, że tu wrócę… Lepiej przygotowany, z lepszą taktyką i większa wiedzą… I tak się stało. Cały rok oszczędzania, czytania specjalistycznej literatur, dokupywania sprzętu opłaciło się.
Lipiec tego roku spędziłem walcząc w trzech ciężkich turniejach szachowych klasy mistrzowskiej lub eliminacyjnej. Ostatni kończyłem 3-go sierpnia w Koszalinie, a już 5-tego o piątej rano, w po brzegi wyładowanym aucie, ruszyliśmy z tatą na Pstrążnie. 650 km przelecieliśmy „jak burza”, a dyskusje o technikach podcięć , sygnalizacji brań, czułości singerów i wyższości podów nad tripodami pochłonęły nas całkowicie. O 14.00 jesteśmy!!!! Tu gdzie przed rokiem zostawiłem marzenie o Wielkim Johansonie, gdzie obiecałem wrócić. Czasami marzenia się spełniają!
Przystępujemy do pracy –
tata rozstawia obóz, ja pody, wędki, kołowrotki, maty i dziesiątki
znanych tylko karpiarzom klamotów. Wreszcie marker wędruje na 70-ty
metr. Jest dobrze widoczny, podskakuje na falach, jakby chciał pokazać
gdzie jest ryba.
Pstrążnia to kilkuhektarowy zbiornik ze stawami
podłowczymi pod Rybnikiem . Łowić można tylko z jednego brzegu, przez
co ryba ma spokój i warunki do doskonałej egzystencji. Są tu głównie
karpie i amury, ale miałem na wędce duże karasie, liny i szczupaki.
Karpie i amury często przekraczają 20 kg, a złowienie 10-kilowca nikomu
nie imponuje. Na Pstrązni panuje atmosfera dużej ryby. Tu się
przyjeżdża ustanawiać życiówki… lub spotkać Jonsona. Wszystkie złowione
karpie i amury trafiają natychmiast z powrotem do wody, a sztuki
poniżej 5 kg na okoliczne stawy. Gospodarzami łowiska są
przesympatyczni Państwo Annę i Mariana Białeckich. Warunki panują tu
surowe ( „karpiarskie”), ale gospodarze udostępniają zarówno wodę, jak
i toaletę a także można otrzymać ciepły posiłek w znajdującym się przy
łowisku pawilonie.
My nie mamy na to czasu. W dnie przygotowujemy „karpiowa paszę”, potem zanęcamy, wieczorem przerzucamy zestawy, poprawiamy przynęty, sprawdzamy sprzęt. Po trzech dniach ciszy, w tej atmosferze nie wypada nawet wspomnieć o maluchach typu kilogramowe karasie lub liny, czujemy się lekko znużeni. Ale brań nie ma nigdzie. Nawet Czesi, którzy zamienili swoje stanowisko w przystań wywozową zanęty, nie mają czym się pochwalić. Godzinami mówimy o tym co zrobimy jak weźmie, jaki jest podział ról lub jakie tu wyciągano ryby. I tylko o Wielkim Johansonie – karpiu marzenie, karpiu –wyzwanie mówi się ukradkiem, jak o czymś nierealnym. Podobno widziano go po raz ostatni 2 lata temu, ale wyciągnięto rok wcześniej…, że był pod drzewem, że znajomy widział…..Ale ja wiem, że się w końcu spotkamy, na pewno….
Po trzech dniach, późnym popołudniem obok nas pojawił się Pan Artur. Ma ok. 30 lat, jest wesoły i na nasze smutne:
- Nie biorą .
Stwierdził beztrosko:
- Ale kiedyś muszą zacząć. Zobaczymy.
Zaczyna wyciągać klamoty z samochodu i od razu poznałem, ze gość wie o
co chodzi w tej zabawie. Podchodzę niepewnie i zagaduję. Okazał się
super facetem Po 5 minutach gadamy jak starzy znajomi. Wypytuje mnie o
techniki, zanęty, wyniki, dzieli się swoimi spostrzeżeniami, pozwala
oglądać sprzęt. A jest co oglądać. Wieczorem i w nocy pan Artur wywozi
zanętę pod drugi brzeg, zawsze w ten sam punkt, maleńkie zakole koło
krzaka . Koło 23.00 nie wierzymy własnym uszom – dźwięk sygnalizatora
obwieszcza pierwsze branie. Hol i dychacz ląduje koło nóg pana Artura.
Po godzinie – to samo. Potem jakiś potwór wysnuwa żyłkę z zaciśniętego
kołowrotka i stawia zwycięski opór w krzakach. Czary.
- Nie martw się – mówi pan Artur widząc moja minę – jutro połowimy razem.
Rano tata pojechał na zakupy do Rybnika, a my z panem Arturem bierzemy
się za moje zestawy. Zmieniamy zestaw włosowy na d-rigę, zamiast kulek
i pop-upów na włosie ląduje kukurydza na pływakach.
- To
świetna kukurydza, mój tata karmi nią gołębie – mówi pan Artur i wydaje
mi się, że jest z tego dumny. Wreszcie całość wraz z 6 kg kukurydzy
ląduje w pojemniku łódki.
-Tu sprawdza się znęcanie punktowe - wyjaśnia mój nauczyciel i polewa zanętę odrobiną boostera.
Po paru minutach zanęta ląduje we skazanym przeze mnie miejscu, tuż pod
trzcinami, tam gdzie rano widziałem cielsko olbrzymiego karpia. Teraz
trzeba czekać. Jest cisza, słoneczny, parny ranek. Pan Artur krząta się
wokół swoich wędek, taty nie ma , singery nieruchomo napinają żyłki
karpiówek…I nagle…. słyszę pikanie sygnalizatora. Jest rytmiczne,
swinger powoli obniża się, a ja wiem kto jest sprawca tego zamieszania.
To amur, tylko one biorą w ten sposób. Zdecydowanym ruchem podcinam i
czuje, że siedzi. Jak na amura, hol jest spokojny, chyba go
zaskoczyłem. Dopiero koło brzegu obudził się do walki, ale czujny pan
Artur już trzymał podbierak pod nim. Po chwili śliczne 7,2 wspaniałego
amura było w siatce podbieraka. Jest! Wyhaczanie, polewanie wodą,
mierzenie, ważenie, wreszcie parę zdjęć i po 3-4 minutach cudo wraca do
wody.
Zabieramy się za ponowne zanęcanie. Decyduję, że
wywózka będzie w to samo miejsce, a zestaw nie ulegnie zmianie. Po
chwili wędziska dumnie strzelają w niebo, napięte żyłki opierają się o
swingery, bachledy przytrzymują żyłki przy dnie…Przyjeżdża tata i już z
daleka mi gratuluje. Jestem naprawdę dumny. Łowimy tylko my z panem
Arturem. Właśnie chcę tacie opowiedzieć jak to wszystko przebiegało,
gdy łowisko rozdziera silny, ciągły dźwięk sygnalizator. Jest inny niż
poprzedni, długi, jednostajny, gwałtowny. Wiem co to oznacza, to dla
niego tu przyjechałem, to na niego czekałem tyle dni. Od mojej zdobyczy
dzieli mnie twarde wędzisko, sto metrów żyłki, przypon i bezzadziorowy
haczyk. Jeden błąd, chwila luzu i po zdobyczy zostanie wspomnienie.
Jednym ruchem, ruchem który tyle razy widziałem w snach jednocześnie
zamykam sprzęgło hamulca i długim, płynnym pociągnięciem podnoszę
szczytówkę najwyżej jak mogę. Rozpędzona ryba wybiera pozostały luz na
żyłce, napiera na wędkę, wygina ją i wyraźnie zwalnia pod siła hamulca.
Siedzi! Teraz jak najdalej od trzcin. Z całej siły staram się uzyskać
bezcenne 5 – 6 metrów, byle tylko nie zaczepiła się o zarosła. Udaje mi
się to… i wtedy rozumiem, że nie wiem co dalej robić. Wędka wygięta w
pałąk, żyłka napięta, ale nawet na centymetr nie zbliża mnie to do
holu. Stoimy – ja z jednej strony, ryba z drugiej. Kątem oka widzę, ze
tata … robi zdjęcia! Koniec świata!
- Spokojnie, dasz radę,
myśl – to głos pana Artura. Ale o czym tu myśleć. Boję się, że ryba mi
spadnie. Próbuje nawinąć ją na kołowrotek. Bzdura. Kosztuje mnie to
parę metrów wysnutej żyłki i niebezpieczne wyłożenie wędki do przodu.
Wpadam w panikę. „Spadnie!!!” krzyczę w myślach i z całych sił ciągnę
szczytówkę do góry.
- Dobrze, tak trzymaj– słyszę spokojny głos
pana Artura. Ku mojemu zdziwieniu ryba daje się powoli podciągać w moją
stronę. Teraz już wiem – szczytówka lekko w przód i z całych sił całą
wędkę do tyłu, wprzód i do tyłu, byle nie za daleko w przód. Ręce bolą
coraz bardziej i muszę odpoczywać. Na domiar zaczynają boleć plecy.
Szukam oczami rybi i widzę zawirowania wody … w połowie drogi. To
daleko, czuję się zmęczony.
- To twoja życiówki, synu – słyszę
spokojny głos taty i rozumiem, że we mnie wierzy. Nie zawiodę. Do
roboty. Powolnymi ruchami metr po metrze podciągam karpia do brzegu.
- Olbrzym - słyszę głos pana Artura i to wzbudza we mnie straszną euforię.
Nie dam go, za nic, nikomu go nie dam. Pracuję jak maszyna, góra trochę
w dół., góra, trochę w dół i nagle… żyłka wysnuwa się z kołowrotka ze
straszną szybkością. Koniec, wszystko stracone, spada…..
-
Spokojnie, to tylko odjazd…. Nie przytrzymuj go, niech płynie – mówi
pan Artur i po chwili rzeczywiście wszystko się uspokaja. Zaczynam
pracę od nowa. Wreszcie, 20 metrów od brzegu pokazał się. Jest wielki,
silny, jakby znudzony tym wszystkim przewala się z boku na bok. Ale ja
wiem, że niebezpieczeństwo dopiero nadchodzi. Widziałem jak tata
holował o wiele mniejszego karpia i co on robił koło brzegu. Pan Artur
stoi z podbierakiem. Stara się nie wejść między mnie a rybę, a
jednocześnie pozwolić mi sprawnie wciągnąć karpia do podbieraka.
Pierwsza próba, może zbyt nieśmiała z mojej strony wyraźnie
zdenerwowała rybę. Zakotłowała wodą. Przewaliła się przez żyłkę
próbując zejść gwałtownie w dół. Ten numer znałem i napiętą żyłką
poskromiłem pomysły potwora. Kilka następnych numerów zmroziło mi krew
w żyłach. Zaczęła się prawdziwa bitwa o podbierak. Aż wreszcie przy
którejś z prób karp na chwilę „odpuścił” i wtedy ramiona olbrzymiego
podbieraka objęły jego cielsko, a siatka unosząc się do góry odcięła go
od wody. Był tak zaskoczony, że zamarł w bezruchu. Pan Artur sprawnym
ruchem wypiął ramiona podbieraka ze styliska i zamknął je na karpiem.
- Jest Twój, masz życiówkę – powiedział pan Artur wręczając mi
siatkę. Słyszę brawa, jestem wykończony i na trzęsących nogach obieram
mojego karpia. O dziwo, nie mogę wyjąć go z wody, jest za ciężki…..
Tata pomaga mi i razem zanosimy go na matę. Szybko wypinamy hak i przez
chwile podziwiamy przepiękne zwierzę. Jest pełnołuski, olbrzymi, bez
zadraśnięcia. Ktoś polewa go wodą i przenosimy na matę do ważenia. Ma
15,1 kg!!!
- No to masz problem, chłopie – mówi z uśmiechem Pan
Artur, a ja nie bardzo rozumiem o co mu chodzi. Teraz długość – 94 cm!
Jestem dumny jak paw. Trochę kłopotów miałem przy sesji zdjęciowej –
nie mogłem utrzymać i objąć tak dużej ryby. Po trzech minutach, czas
wpuścić karpiona do wody. Niosę go w siatce podbieraka najdelikatniej
jak mogę… tata podkłada matę na brzegu. Stąd powoli, natleniając mu
skrzela zsuwam go do wody. To moje święte prawo. Tylko ja mogę zwrócić
mu wolność! Jeszcze raz brawa a po chwili spokój i cisza, i w tej ciszy
dociera do nie co się naprawdę wydążyło.
Potem były jeszcze
dziesięciokilogramowe amury i szczupaki sześciokilowe, ale gdy stawałem
wieczorami nad woda wydawało mi się, że tam po drugiej stronie, ktoś na
mnie patrzy.
- Przyprowadź Johansona- szepczę w ciemność i wierzę,
że jeżeli nie teraz, to w przyszłym roku to marzenie się spełni. Bo w
przyszłym roku nadejdzie taki moment, że znów staniemy naprzeciw
siebie, a dzielić nas będzie 100 m żyłki i woda Pstrążni.
Krzyś
Zobacz zdjęcia moich okazów w galerii foto>>>kliknij tutaj<<<
ps. to jest moje wspomnienie lata...a Ty? Napisz o swoich połowach, pochwal się...wszyscy chętnie poczytamy...
Dodaj komentarz
Nasze Menu
Nasze wiadomości
Nasi instruktorzy
Zobacz pozostałych »Nasi adepci
Zobacz pozostałych »Z naszej galerii
Nasza sonda
Ilość odwiedzin
