Okręg PZW Siedlce
http://www.pzw.org.pl/siedlce

Aktualności

Moje spotkania z rybą - 1

Aktualności | 2010-05-26 | Publikujący: Okręg PZW w Siedlcach

Poniżej publikujemy pierwszą część cyklu wędkarskich wspomnień kolegi Andrzeja Koźluka - Prezesa Koła PZW nr 8 w Łosicach. Prosimy o przesyłanie swoich opowiadań, wspomnień, starych zdjęć lub innych pamiątek, które chcielibyście opublikować i podzielić się nimi z innymi internautami, na adres biuro@pzw.siedlce.pl, a z pewnością postaramy się Wam pomóc.
Następne części wspomnień kolegi Andrzeja Koźluka niebawem.

 

Moje dzieciństwo spędzone w podsarnackiej wsi nie wyglądało zbyt wesoło, zachowały się jednak zacierające się z upływem czasu wspomnienia o szczegółach krajobrazu i okolicy.

Choć było to już dawno, pamiętam, że rozjeżdżoną drogę do Sarnak przecinał drewniany mostek nad Sarenką, przy przejściu którego niemal obowiązkiem było zatrzymanie się i popatrzenie na śmigające w jej nurcie płocie i baraszkujące kiełbie. Nieco dalej, w odległości jakichś 150 metrów od rzeczki, droga przemykała między dwoma górkami. Jedną była górka św. Jana, z posągiem patrona na szczycie, u podnóża zaś z cembrowanym źródełkiem i cebrzykiem do napicia się krystalicznie czystej wody. Druga – to tzw. „łysa górka”, o mniej spadzistych zboczach. Ona wg tajemniczych wypowiedzi osób starszych była siedliskiem wiedźm. W przypadku tej ostatniej prowadzone w późniejszym okresie prace wykopaliskowe potwierdzały istnienie cmentarzyska całopalnego, w którym zachowały się urny z prochami oraz częścią dawnego dobytku zmarłych. Co ciekawe – było to cmentarzysko kobiet „amazonek”, u których mężczyzna spełniał rolę podrzędną (jak np. giermek przy rycerzu). Więcej informacji na ten temat mogłoby udzielić Muzeum Archeologiczne w Warszawie, w którego zbiorach znajdują się odkopane urny z tejże górki.

Rzeka SarenkaOdbiegając od wątków historycznych: jako małe dzieci – i mnie i moich rówieśników intrygował dół z wodą na pobliskiej łące, o średnicy ok. 10 metrów. Starsi mieszkańcy odganiali nas od tego dołu, w którym przemykały drobne rybki. Zakaz ten miał swoje pewne uzasadnienie, gdyż był to zarastający lej po potocznie zwanej w języku miejscowych „torpedzie”, a ściślej po rakiecie V2. Analizując to dzisiaj myślę, że zabrakło tylko ok. 300 metrów do zniszczenia minimum połowy wsi, w tym być może i mojego rodzinnego domu.

 

Wracając zaś do przebiegającej pobliskimi łąkami rzeki Sarenki, o średniej szerokości ok. 3 metrów i różnej głębokości – pierwsze moje dziecinne spostrzeżenia nie zarejestrowały nad nią człowieka z wędką. Zarejestrowały natomiast mnogość ryb i raków, widocznych na płyciznach. W tym też czasie przysmakiem była nie ryba, lecz rak. Pierwsze zaś połowy ryb z rówieśnikami odbywały Się za pomocą wiklinowego kosza do ziemniaków. Przynosiło to nawet dość duże efekty – nieraz choćby w postaci kilogramowego miętusa. Sporo emocji wzbudzał piskorz – poprzezSarenka dzisiaj podobieństwo do małego węża. Był to czas, kiedy łowiąc wiklinowym koszem miało się wybór ryby, a dziecinne połowy polegały na wyborze konkretnego miejsca, gdzie królował miętus i piskorz, szczupak, krasnopiórka czy też złocisty karaś. Brodzenie zaś z koszem na długości 300-400 m rzeczki przynosiło wymierne efekty w postaci 4-5 kg ryby, nawet dość sporych okazów. Obowiązującym rytuałem przy złowieniu mniejszych rybek było symboliczne splunięcie i wypuszczenie do wody ze słowami „płyń, i przyprowadź takiego jak ręka”. Nagannym był fakt niewypuszczania złapanej drobnicy. Gdy ryby się przejadły, łapaliśmy raki - na podrywkę z siatkowego krążka o średnicy 20-30 cm, wyplecionego z drutu i przymocowanego do kija. Jako przynętę umieszczało się żabie udko. Problemem tutaj było złapanie żaby, jej uśmiercenie, ściągnięcie skóry i podzielenie na przynętę. Można to nazwać okrucieństwem, lecz faktem jest, że w tych czasach nikt się tym nie przejmował, a jedna taka żabka wystarczała na całodzienną przynętę na raki. Połowy takie wywoływały rywalizację, kto złapie największego raka – a okazy trafiały się rekordowe. Co w tym wszystkim zastanawia: łapali wszyscy, metodami może dziś niedozwolonymi, choć skutecznymi – i było co łapać. Myślę, że była to selekcja potrzebna przyrodzie, zaś ludziom dawała urozmaicenie dość skromnego w owych powojennych latach stołu.

Zapomniany przepust na SarenceCzystość wód w tamtych czasach pozwalała na napicie się prosto z rzeki, a smak i zapach wody zależał tylko od nadbrzeżnej roślinności, np. mięty czy tataraku. Zagłada rybostanu, raków i rzeczki nastąpiła przez bezmyślną często meliorację (wyprostowanie biegu rzeczki, likwidacja starorzeczy i zakoli) i stosowanie bez umiaru nawozów sztucznych. Wystarczyło 3-4 lata, aby zniszczyć odwieczne zasoby przyrody. Rybostan Sarenki ówczesnych lat (w okolicy Sarnak - aż do młyna wodnego w Bużce) był dość ciekawy: piskorz, miętus (do 3 kg), szczupak w granicach do 5 kg, płoć, krasnopiórka do 1 kg, lin, sazan, karp do 7 kg, karaś złocisty oraz – okazyjnie – węgorz. Ale „o tem potem”.

Tekst: Andrzej Koźluk

 

Zdjęcia