„Dziś prawdziwych wiatraków już nie ma”.
Pozwoliłem sobie rozpocząć parafrazą fragmentu tekstu piosenki Maryli Rodowicz. Cóż bardziej, bowiem charakteryzowało miejscowości naszego regionu łosickiego, niż poczciwe, stare wiatraki, spełniające, obok swych niewątpliwych walorów wizualnych, całkiem prozaiczne czynności mielenia zboża? Proste w ogólnym rozumieniu urządzenia takiegoż wiatraka kryły i kryją wiele tajemnic.
Zawsze zastanawiała mnie
stateczność wiatraków, mimo ich usytuowania na pagórkach, ich masa oraz
zdolność do pracy nawet przy minimalnym wietrze. Malowniczo wręcz wyglądały
Sarnaki oglądane z otaczających je wzniesień, w pierwszym planie rzucał się w
oczy istniejący do dzisiaj komin browaru, po obrzeżach królowały i jakby
strzegły osady poczciwe wiatraki. Może nie wyliczę ich wszystkich, ale pamięć
zarejestrowała dwa w Chybowie i po jednym w Chlebczynie i Franopolu. Mijając
zaś Sarnaki można było spotkać po jednym wiatraku w Rozwadowie i Mierzwicach.
Będąc już nad Bugiem nie sposób nie odczuć tchnienia żywicznego, zdrowego
powietrza lasu, który ktoś kiedyś nazwał „puszczą sarnacką”. Nie jest to las
mały, ma około 30
kilometrów
kwadratowych, ciągnie się siedem kilometrów
od Mierzwic do Serpelic i ma średnią szerokość 5 kilometrów. Kryje on
prasłowiańskie tajemnice (niedawno zlokalizowano tam grodzisko podobne do
znajdującego się w Dzięciołach). Zapuszczanie się w leśne wąwozy i jary nieco
napawało lękiem. Zwierzyny grubej: dzików, jeleni i saren można tutaj spotkać
niemało, a jak twierdzą myśliwi: zdarzają się zimową porą i wilki, przybywające
z błot nad Biebrzą. Nie wspominam tutaj o walorach rekreacyjno-wypoczynkowych,
z których korzystają liczni wczasowicze nie tylko z terenu kraju, ale i zza
granicy. Teren Serpelic i Mierzwic można byłoby nazwać „perłą Podlasia”.
Ostatnio sporo osób oferuje tutaj różnorakie usługi turystyczne, jak choćby
spływy tratwą do Mielnika – to cieszy. Jednakże przydałby się solidny program
rozwojowy z próbą stworzenia całorocznej bazy wypoczynkowej, myślę, że
znalazłoby się tu także miejsce dla inwestora zagranicznego, jak to uczyniono w
pobliskim Gnojnie.
Wracając do rzeki Bug, to można ją określić jako zmienną i kapryśną, potrafiącą zmieniać bieg koryta, jak i dowolnie kształtować strukturę dna, czego przykładem są starorzecza. Wiek ich liczy się na około 400 lat. Starorzeczy Bugu jest sporo. Stanowią one siedlisko ptactwa oraz rybostanu, są swoistymi rezerwatami przyrody. Jako, że wszystkie moje wspomnienia zawierają pewną dozę tajemniczości, powrócę do taaaaaaakiej ryby i legend o takiej rybie. A może i prawdy?
Według relacji zawodowego rybaka z okolic Nepli, wypłynął on w celu zanęcenia lina i karasia dla zaprzyjaźnionego wędkarza. poruszał się cicho pontonem, aż nagle zobaczył cień w lustrze wody. Podpływając bliżej – zobaczył wpatrzone w siebie oczy... szczupaka – olbrzyma, którego łeb pokryty był jakby pleśnią. Rybak stwierdził, iż na pojedynek z takim szczupakiem, z gołymi rękami, nie miałby szans. Naturalnie, że po tym spotkaniu zastawił w owym miejscu najmocniejszą sieć, jaką posiadał. Efektem owej zasadzki okazała się jedynie olbrzymia dziura w sieci.
Ciekawe relacje usłyszałem z okolic Janowa Podlaskiego od dziadka – łowcy sumów, który za cel postawił sobie złowienie suma – olbrzyma. Nie znam wyników tych zmagań, lecz wiem, że sama walka musiała być pasjonująca, gdyż nie zawsze człowiek bywa górą. Łowca za przynętę używał półtorakilogramowego miętusa. Za sprzęt służyła zwykła ciężka wędka do połowów dennych. Efektami zmagań człowieka z sumem – olbrzymem były połamane wędziska, pogięte haczyki i porwana żyłka. Następne jednak przygotowania do zmagań miały już bardziej profesjonalne podejście. Przygotowano specjalny hak ze stalowym przyponem i sprawdzoną, grubą żyłkę. Wędzisko stanowiła odpowiednio wytrzymała tyka. Efektem następnych „połowów” była jednak tylko przymusowa kąpiel dziadka w rzece. (Dziadek był mikrej postury). Naturalnie, dziadek łowił już wcześniej kilkukilogramowe sumy, ale nie o takie sumy dziadkowi chodziło! Owej przygodzie starszego łowcy należy dać wiarę, gdyż, według mojej oceny, jest jeszcze w Bugu sporo 20-kilogramowych sumów i o takich połowach krążą wiarygodne wieści. Myślę, że w Bugu powinny być okazy jeszcze większe, o wadze 50-60 kilogramów. Niejednokrotnie łowiąc w ciepłe, letnie noce czuło się rzekę tętniącą życiem, pluskanie ryb przerywało plusknięcie o takiej sile, jak gdyby kąpał się człowiek. Doświadczyłem tego nie tylko ja, ale i wielu nadbużańskich wędkarzy.
Najlepsze przygody dotyczą początkujących, przypadkowych osób towarzyszących wędkarzowi. Dla ciekawości bierze taki wędkę i zarzuca w toń wbrew wszelkim zasadom i wiadomościom o wędkarstwie i... wyciąga taaaaaką rybę! Jest to szalenie denerwujące dla każdego prawdziwego wędkarza.
Zapraszam do przeczytania następnego odcinka.
Andrzej Koźluk