Okręg PZW Siedlce
http://www.pzw.org.pl/siedlce

Aktualności

Łokieć - opowiadanie pełne humoru.

Aktualności | 2010-06-10 | Publikujący: Okręg PZW w Siedlcach

Poniżej, w ramach prezentowania twórczości naszych kolegów, prezentujemy opowiadanie o tematyce "wędkarsko-kynologicznej", przepełnione humorem, które przed laty popełnił poprzedni Sekretarz ZO PZW w Siedlcach - Andrzej Czyżewski. 

Andrzeju wracaj szybko do zdrowia!

ŁOKIEĆ

 

Pies jest najlepszym przyjacielem człowieka. To jest „świenta prawda”. Wiem coś o tym, bo  mam psa i jest mi bardzo miło, gdy ktoś  w domu cieszy się z mojego powrotu z pracy. Z posiadaniem psa wiążą się też mniej przyjemne rzeczy, jak spacery o 6-tej rano, czy sprzątanie tego co narobił pod drzewem. To jest „tys prawda”. Ale że przebywanie z psem na rybach to samo zdrowie i przyjemność, to już „gówno prawda”. Potwierdzają to dramatyczne przeżycia Bazyla z psem o imieniu Łokieć.

Wygląd Łokcia świadczył o tym, że jego przodkowie nie mieli uprzedzeń w doborze partnerów i każdy zostawił mu w spadku coś ze swej rasy, niekoniecznie najlepszego. Koloru jego sierści nie potrafił nazwać żaden mężczyzna, a i kobiety miały kłopot .Wzrostu był średniego, z pyska trochę jak lis, zęby niepokojąco duże. Całość wyglądała tak brzydko, że aż ładnie. Jedno mu trzeba przyznać, nie gryzł
i łatwo się zaprzyjaźniał. W młodości sprawiał trochę kłopotów swym żywiołowym zachowaniem, więc został oddany treserowi do okiełznania. Wykazał się tam sporą inteligencją, gdy go odbierano posłusznie siadał, warował, aportował itp.. Jak tylko stracił tresera z oczu, zaraz zapomniał wszystkiego, czego się nauczył. Pomimo wszystkich gałgaństw, jakie wyprawiał, jego właścicielka, sąsiadka Bazyla, była do niego bardzo przywiązana.

- Ach, panie sąsiedzie, on ma tak mało ruchu aż mnie serce boli – mówiła, kładąc paluszek tam, gdzie bolało.

Bazyl tylko spojrzał, i już był ugotowany, gdyż jak to na wiosnę, sporo było widać. Zresztą od dawna na jej widok wciągał brzuch i robił malinowe oczy. Umyślił sobie, że zacieśni z nią znajomość na gruncie kynologicznym. Tak więc, gdy go poprosiła o zabranie psa na ryby, zgodził się od razu. Z nami miał trochę trudniejszą przeprawę. Letki nie chciał wpuścić psa do samochodu, bo mu wszystko pogryzie.

- No to pojedziemy moim – upierał się Bazyl.

- Masz dla niego kaganiec i jakiś sznurek do uwiązania?

- Nie mam

- No to lepiej weź, jeśli nie chcesz za nim ganiać po chaszczach – radził Letki.

Postanowiłem trochę otworzyć Bazylowi oczy.

- Stary, ona klasycznie zrobiła cię w konia. Widziała od dawna, że miękniesz na jej widok, i z zimną krwią to wykorzystała.

- Ona nie jest taka... – nieśmiało oponował Bazyl.

- Cha, cha, cha. Nie jest taka. – uśmiał się Letki – Człowieku, kobiety mają we krwi wykorzystywanie naiwnych facetów. Wiem coś o tym.

Tu się trochę zamyślił i pokiwał głową.

- I jeszcze cię później bezwstydnie obśmieją – dodał po chwili.

Bazyl już tego nie słyszał, bo poleciał za Łokciem, który zżerał tulipany na rabatce.

- Ta sąsiadka zna się z twoją żoną? – dopytywał się Letki, gdy wrócili.

- Tak, nieraz ze sobą rozmawiają.

- No to obydwie to uknuły. Teraz pewnie rozmawiają tak:

- No i co, nabrał się? – pyta twoja żona

- Od razu – rzecze sąsiadka – miałaś rację moja droga, żebym włożyła tę twoją różową bluzeczkę,

o mało co mu oczy nie wyskoczyły.

- Cha, cha, a nie mówiłam? Popatrz, a jak ja ją założę, to ten stary osioł nie zwraca na mnie uwagi. Ale wiesz co? Zostawił swoją kartę kredytową, jedziemy na zakupy?

- Dobrze, a później na kolację, znam knajpę z fajnymi kelnerami.

Bazyl słuchał tego z miną ponurą.

- Aż taki głupi, żeby zostawić kartę kredytową, to ja nie jestem – powiedział.

Ostatecznie Letki zgodził się jechać swoim samochodem, jeżeli Łokieć będzie w kagańcu. Bazyl poszedł do sąsiadki po kaganiec, a przy okazji zabrał kawał stalowej linki kotwicznej z piwnicy. Wrzuciliśmy klamoty do bagażnika, Bazyl z Łokciem wsiedli do tyłu, i pojechaliśmy

- Dlaczego on nazywa się Łokieć? – zapytał Letki

- Właściwie nie Łokieć, tylko Łoki, pisze się Wookie, tak się nazywał ten włochacz z „Gwiezdnych Wojen„, ale wszyscy mówią Łokieć.

Pies, gdy usłyszał swoje imię, próbował przeskoczyć do przodu. Ledwo go powstrzymaliśmy.

- A jak poznałeś tą sąsiadkę? – drążył dalej Letki

- Kiedyś wyszedłem rano do roboty – opowiadał Bazyl – a ona akurat wyprowadzała go na spacer.
Z naszego bloku wyszły trzy starsze panie i Łokieć na nie szczeknął. No to one zaraz z hałasem, że nie powinno się trzymać takich bestii, że nie można spokojnie przejść, narobiły większego jazgotu niż ten pies. No więc stanąłem w jej obronie.

- Bardzo sprytnie – powiedziałem z uznaniem – stanąć w obronie samotnej, ładnej kobiety przeciw trzem staruszkom. Ciekawe czy bronił byś te staruszki, powiedzmy przed łysym młodzieńcem
z bulterierem?

-Tym babciom nawet smok wawelski nie dałby rady – machnął ręką Bazyl.

Pies wziął to za zaproszenie do zabawy i łupnął go kagańcem w żebra. Ogólnie podczas podróży sprawował się dobrze, tylko chyba było mu duszno, bo co jakiś czas próbował odgryźć korbkę od okna, co nie jest łatwą sprawą, gdy się ma założony kaganiec.

Łąki nad starorzeczem zieleniły się świeżą trawą, słoneczko świeciło, w wodzie pluskały uklejki. Widok jak z kiczowatego obrazka. Łokieć, gdy wyskoczył z samochodu, aż zakwiczał z radości, widząc tyle rzeczy do rozszarpania. Zanim zdążyliśmy go złapać, zobaczył lecącą wronę  i pognał za nią galopem. Za nim, z rozpaczą w oczach, pocwałował Bazyl. Cóż było robić. Rozłożyliśmy z Letkim wędki i rozrobiliśmy zanętę. Ja łowiłem na bata, on zarzucił pickera i zdrzemnął się na fotelu. Na wiosnę wchodzi tu na tarło ładna płoć  i zostaje do lipca. Złowiłem kilka sztuk. Letki przespał parę brań  i dopiero jak go opieprzyłem, to wziął się do roboty. Ryby brały z dna i nad dnem, bez różnicy. Jedna w drugą po 25 cm, więc zaczęliśmy kombinować, jak się dobrać do większych.

- Duża przynęta, duża ryba – ogłosił Letki i założył dwa czerwone na haczyk nr 6.

Za chwilę wyciągnął jazgarza, faktycznie sporego, jakieś 18 cm.

Z oddali dobiegało ujadanie Łokcia, i okrzyki Bazyla. Letki próbował na pęczak, kukurydzę, wreszcie powrócił do pinek.

- W sumie, ćwierćmetrowe płotki to też niezłe ryby – powiedział.

Za jakiś czas na horyzoncie pojawił się Bazyl z psem na smyczy. Ledwo dyszał  i ubabrany był jak nieboskie stworzenie. Łokieć też był brudny, ale wciąż kipiał energią. Uznał, że dawno się nie widzieliśmy, więc powitał się z nami bardzo wylewnie, przy okazji dokładnie plącząc wędkę Letkiego.

- Diabeł, nie pies - wysapał Bazyl – ledwo go dopadłem.

- A gdzie się tak utytłałeś?

- Bo zapędziłem go na mokradła i złapałem, gdy ulgnął.

O nic więcej nie pytaliśmy.

Bazyl wyjął linkę z bagażnika i przywiązał psa do drzewa. Jak tylko go puścił, Łokieć pomyślał, że znów jest wolny i ruszył z kopyta do lasu. Był już dobrze rozpędzony, gdy linka go zatrzymała. Wywinął salto w powietrzu z przyziemieniem, aż zajęczał grobowym głosem. Bazyl o mało co nie zemdlał. Na szczęście pies nie skręcił karku, tylko się przestraszył i zaczął traktować Bazyla z większą rezerwą. Koło ogrodzenia dla krów rosły kępy leszczyny, więc wybraliśmy długą gałąź o akcji parabolicznej i przywiązaliśmy linkę najwyżej, jak się dało. Pięknie amortyzowała odjazdy Łokcia, jakby była co najmniej z IM7.

Bazyl zabrał Letkiemu fotel, usiadł koło czteropaka i stwierdził, że odechciało mu się łowienia na dzisiaj. Popatrzy sobie na nas i będzie udzielał  dobrych rad. Zanęta z daleka wydawała mu się zbyt przemoczona, a i nasz refleks zostawiał wiele do życzenia. Gdyby nie przemęczenie, to by nam pokazał jak się ryby łowi. Gdy wyczerpała się nasza cierpliwość, zaczęliśmy się z Letkim zastanawiać, dlaczego sąsiadka chciała się na dziś pozbyć Łokcia z domu.

- A może zaprosiła do domu jakiegoś faceta, który ma alergię na psa?

- A może Łokieć jest zazdrosny i atakuje wszystkich samców, którzy chcą się do niej zbliżyć?

Bazyl nic nie odpowiedział, ale zauważyliśmy, że piwo coś mu przestało smakować.

W międzyczasie Łokieć wykarczował kępę chrzanu i sromotnie przegrał pojedynek z pastuchem elektrycznym.

Rozleniwiło nas słoneczko i to pierwsze ciepłe łowienie... Ryby brały coraz słabiej, robale wylazły z pudełka. Pies pogłębił wykrot po chrzanie i w nim zasnął. Letki znowu się zdrzemnął i przegapił obiecujące branie. Szczytówka wychyliła się powoli, ale głęboko i za chwilę wystrzeliła z powrotem. Oczywiście krzyknęliśmy do niego: „Tnij!!!” - ale tylko się przestraszył, spadł ze stołka i było po sprawie. Z robaków zostały  pokrowce.

Zmieniłem przypon na dłuższy, założyłem pęczek białych i położyłem na dnie, może jakiś leszcz się skusi. Spławik długo stał nieruchomo, wreszcie się zanurzył, wynurzył i znieruchomiał. Przynajmniej tak mówił Bazyl, bo ja na chwilę przymknąłem oko. On sam, rozprawiwszy się z czteropakiem, też zresztą niebawem odpłynął w krainę snu...

Obudził się szczękając zębami. Spocił się ganiając za Łokciem, teraz wiatr go przewiał, więc dobrze by było, żebyśmy skończyli tą zabawę i wrócili do domu. Zawsze – użalał się – myślimy tylko o sobie. Nikt mu nie pomógł łapać psa, nikt mu nie rozłożył wędki, nikt go nawet nie okrył kocykiem.

- Zresztą, czego ja się spodziewałem – zakończył swój wywód – przecież dobrze was znam.

- No więc czemu się czepiasz – odparł Letki – Poza tym choćbym nawet ja złapał Łokcia, to i tak ty zbierzesz całą śmietankę, czyli wdzięczność sąsiadki.

Mając tak miłą perspektywę przed sobą, Bazyl nabrał wigoru, pospijał resztki herbaty z termosów, podzielił się z Łokciem moimi kanapkami i nawet pozbierał śmieci, żeby było szybciej  Ryby z siatek wróciły do wody z przykazaniem, żeby większe rosły, klamoty powędrowały do bagażnika.       

Bazyl poszedł odwiązać Łokcia, który siedział koło ogrodzenia jakoś dziwnie zamyślony. Gdy linka kotwiczna została odwiązana od gałęzi, pies szarpnął,  i jestem pewien że specjalnie, dotknął nią do pastucha. Podskoczyli obaj tak, że aż się z nich zaschnięte błoto obsypało.

- Ty podła bestio – rzekł Bazyl słabym głosem – za cóż spotyka mnie tyle udręki? - skierował pytanie ku niebiosom.

Wreszcie załadowali się do samochodu i pojechaliśmy. Chciałem zapytać, czy jeszcze kiedyś zabierzemy Łokcia na ryby, ale spojrzałem na Bazyla i dałem spokój. Nie kopie się leżącego.

Ledwie podjechaliśmy pod blok, przybiegła do nas sąsiadka. Całkiem niezła, w rozmiarze „XL„ - takim, jak Bazyl lubi. Łokieć na jej widok zupełnie oszalał, zaczął skakać, próbując polizać ją po twarzy, aż jej opadło ramiączko od bluzeczki. Bazyl jęknął.

- Dziękuję bardzo, panie sąsiedzie, chyba nie sprawiał żadnych kłopotów? – szczebiotała, lekko zaróżowiona  poprawiając bluzkę.

- Nie, skądże – wychrypiał Bazyl – tylko trochę się ubrudził.

- To nic, najważniejsze, że sobie pobiegał, niech pan spojrzy  jaki jest szczęśliwy. Zaraz go wykąpię – i pobiegła do domu, a pies za nią.

Powinna raczej wykąpać Bazyla – powiedział Letki, i jak rzadko kiedy zgodziłem się z nim w zupełności.

Andrzej Czyżewski