Moje dzieciństwo spędzone w podsarnackiej wsi nie wyglądało zbyt wesoło, zachowały się jednak zacierające się z upływem czasu wspomnienia o szczegółach krajobrazu i okolicy.
Choć było to już dawno, pamiętam, że rozjeżdżoną drogę do Sarnak przecinał drewniany mostek nad Sarenką, przy przejściu którego niemal obowiązkiem było zatrzymanie się i popatrzenie na śmigające w jej nurcie płocie i baraszkujące kiełbie. Nieco dalej, w odległości jakichś 150 metrów od rzeczki, droga przemykała między dwoma górkami. Jedną była górka św. Jana, z posągiem patrona na szczycie, u podnóża zaś z cembrowanym źródełkiem i cebrzykiem do napicia się krystalicznie czystej wody. Druga – to tzw. „łysa górka”, o mniej spadzistych zboczach. Ona wg tajemniczych wypowiedzi osób starszych była siedliskiem wiedźm. W przypadku tej ostatniej prowadzone w późniejszym okresie prace wykopaliskowe potwierdzały istnienie cmentarzyska całopalnego, w którym zachowały się urny z prochami oraz częścią dawnego dobytku zmarłych. Co ciekawe – było to cmentarzysko kobiet „amazonek”, u których mężczyzna spełniał rolę podrzędną (jak np. giermek przy rycerzu). Więcej informacji na ten temat mogłoby udzielić Muzeum Archeologiczne w Warszawie, w którego zbiorach znajdują się odkopane urny z tejże górki.
Odbiegając od wątków historycznych: jako małe dzieci – i
mnie i moich rówieśników intrygował dół z wodą na pobliskiej łące, o średnicy
ok. 10 metrów.
Starsi mieszkańcy odganiali nas od tego dołu, w którym przemykały drobne rybki.
Zakaz ten miał swoje pewne uzasadnienie, gdyż był to zarastający lej po potocznie
zwanej w języku miejscowych „torpedzie”, a ściślej po rakiecie V2. Analizując
to dzisiaj myślę, że zabrakło tylko ok. 300 metrów do
zniszczenia minimum połowy wsi, w tym być może i mojego rodzinnego domu.
Wracając zaś do przebiegającej pobliskimi łąkami rzeki
Sarenki, o średniej szerokości ok. 3 metrów i różnej głębokości – pierwsze moje
dziecinne spostrzeżenia nie zarejestrowały nad nią człowieka z wędką.
Zarejestrowały natomiast mnogość ryb i raków, widocznych na płyciznach. W tym
też czasie przysmakiem była nie ryba, lecz rak. Pierwsze zaś połowy ryb z
rówieśnikami odbywały Się za pomocą wiklinowego kosza do ziemniaków. Przynosiło
to nawet dość duże efekty – nieraz choćby w postaci kilogramowego miętusa. Sporo
emocji wzbudzał piskorz – poprzez
podobieństwo do małego węża. Był to czas,
kiedy łowiąc wiklinowym koszem miało się wybór ryby, a dziecinne połowy
polegały na wyborze konkretnego miejsca, gdzie królował miętus i piskorz,
szczupak, krasnopiórka czy też złocisty karaś. Brodzenie zaś z koszem na
długości 300-400 m
rzeczki przynosiło wymierne efekty w postaci 4-5 kg ryby, nawet dość sporych
okazów. Obowiązującym rytuałem przy złowieniu mniejszych rybek było symboliczne
splunięcie i wypuszczenie do wody ze słowami „płyń, i przyprowadź takiego jak
ręka”. Nagannym był fakt niewypuszczania złapanej drobnicy. Gdy ryby się
przejadły, łapaliśmy raki - na podrywkę z siatkowego krążka o średnicy 20-30 cm, wyplecionego z drutu i
przymocowanego do kija. Jako przynętę umieszczało się żabie udko. Problemem
tutaj było złapanie żaby, jej uśmiercenie, ściągnięcie skóry i podzielenie na
przynętę. Można to nazwać okrucieństwem, lecz faktem jest, że w tych czasach
nikt się tym nie przejmował, a jedna taka żabka wystarczała na całodzienną
przynętę na raki. Połowy takie wywoływały rywalizację, kto złapie największego
raka – a okazy trafiały się rekordowe. Co w tym wszystkim zastanawia: łapali
wszyscy, metodami może dziś niedozwolonymi, choć skutecznymi – i było co łapać.
Myślę, że była to selekcja potrzebna przyrodzie, zaś ludziom dawała
urozmaicenie dość skromnego w owych powojennych latach stołu.
Czystość wód w
tamtych czasach pozwalała na napicie się prosto z rzeki, a smak i zapach wody
zależał tylko od nadbrzeżnej roślinności, np. mięty czy tataraku. Zagłada
rybostanu, raków i rzeczki nastąpiła przez bezmyślną często meliorację
(wyprostowanie biegu rzeczki, likwidacja starorzeczy i zakoli) i stosowanie bez
umiaru nawozów sztucznych. Wystarczyło 3-4 lata, aby zniszczyć odwieczne zasoby
przyrody. Rybostan Sarenki ówczesnych lat (w okolicy Sarnak - aż do młyna
wodnego w Bużce) był dość ciekawy: piskorz, miętus (do 3 kg), szczupak w granicach do
5 kg,
płoć, krasnopiórka do 1 kg,
lin, sazan, karp do 7 kg,
karaś złocisty oraz – okazyjnie – węgorz. Ale „o tem potem”.
Tekst: Andrzej Koźluk
