Witam, w ostatniej części spróbuje opisać wam same
zawody, przyznam szczerze, że jest, co opisywać. Spaliśmy w internacie, warunki
super, po prysznicu i śniadaniu, ruszyliśmy do boju, czyli na zawody.
Zameldowaliśmy
się o 6.30 u organizatorów, otrzymaliśmy
miejsca startowe, (stanowiska), łowiliśmy jeden obok drugiego, nie znając
wody-łowiska, byliśmy sprzętowo przygotowani, na wszystkie metody i ryby.
Jakimi metodami łowili nasi czescy koledzy, różnie, i tu ciekawostka, w
Czechach niema podziału łowienia, spławik, grunt? Łowili obok siebie wędkarze, na tyczkę, pikery,
odległościówki, baty, bolonki,itp.
W
Czechach nie używa się siatek dla złowionych ryb na zawodach, ryba po
złowieniu, jest natychmiast mierzona przez sędziego (foto 51) i wraca do wody,
dlatego, wyniki zawodów nie są podawane w wadze złowionych ryb, a w metrach,
dodając wymiar złowionej ryby do następnej złowionej.
Alkohol na
zawodach, u nas temat tabu, a jak radzą sobie nasi sąsiedzi, jak normalni
europejczycy, wokół stawu jeździ wózek, powiedzmy barek na kółkach? Obsługuje
go trzech wesołych, sympatycznych kolegów (foto 46), nie wypada im odmówić ( i
nie odmawialiśmy) kieliszka anyżówki lub butelki piwa, dlaczego, cały zysk (marża)
zostaje przeznaczona na potrzeby koła. Teraz mała dygresja, w Czechach, w restauracji,
na festynie, itd., nie ma marzy na piwo lub wódkę, lub jest symboliczna (nie wiem,
jakie są tam zasady, dlaczego tak można), dlatego Czesi lubują się gościć w
pobliskich karczmach, jadać w nich posiłki a nie w domach, kupować np.,
papierosy, alkohol, ceny podobne jak w normalnych sklepach, zawsze jest tam tłok.
Powróćmy do
zawodów, pierwsza tura trwała trzy godziny, potem następuje dwu godzinna
przerwa na posiłek, wszyscy zostawiają sprzęt, jaki mają na łowisku, wędki, skrzynki,
pokrowce, itp., i idziemy na posiłek, ( myślicie, że coś komuś zginęło?) Mając
swoje talony na gulasz. Jak wyglądał posiłek, zobaczcie na fotografiach? Co jedliśmy,
gulasz po węgiersku, spróbowaliśmy też pieczoną makrele, pieczonego suma,
pieczoną karkówkę, do tego kieliszek anyżówki, piwo kozel, wspaniała atmosfera
(prawdziwy festyn rodzinny) z muzykom i śmiechem?
Zaczęła się
druga dwugodzinna tura zawodów, teraz opowiem wam przygodę, jaka spotkała
naszego kapitana drużyny Wiesława Witkowskiego, rozmawiałem z naszym sędzią
(foto 50) Wiesław odwrócił głowę w naszym kierunku włączając się do rozmowy. To
był moment, gdy jego wędka spadła z podpórki i z dużą prędkością odpłynęła w
kierunku środka stawu, Wiesław nie tracąc zimnej krwi wziął drugiego pikera,
obciążył ołowiana oliwką, małą kotwicą i naprzód. Rzucał zestawem nasz Wiesio
ponad 100m, ale to było za mało, namówiliśmy Go by poszedł na drugą stronę, i
poszedł.
Po godzinie przyszedł z złowioną wędką, a ja
od naszego sędziego dowiedziałem się, że Wiesław wyciągnął poza swoją wędka
jeszcze, ponad półmetrowego sazana, który był sprawcą całego zamieszania, a
sędziowie Mu zaliczyli tą rybę do wyniku!
Koniec
zawodów, i ulewa, deszcz poczekał na samo zakończenie, gdy się rozpogodziło, ogłoszenie
wyników, i nagrody ufundowane przez sponsorów, (zobaczcie na foto). Jak są
wręczane, zająłeś pierwsze miejsce masz prawo, jako pierwszy do wyboru nagrody,
jaką chcesz, bierzesz tak jak ze szwedzkiego stołu? Wszystko to odbywa się
radosnej atmosferze, na zdjęciach, które same opiszą Wam atmosferę, po prostu
zobaczycie cały festyn.
Co stoi na przeszkodzie, aby przenieść te zwyczaje
i rozwiązania, które opisywałam na nasz polski grunt?
Pozdrawiam
Wiesław Rykalski
